Pod koniec stycznia minął pierwszy rok mojej pracy terapeutycznej z parami. Rok intensywny i ważny, ale momentami mega trudny.
Być czy nie być?
To praca, która daje mi ogromną satysfakcję, ale jednocześnie regularnie wystawia mnie na próbę. Pary, które trafiają do gabinetu, rzadko przychodzą „profilaktycznie”. Częściej są na granicy rozstania. Z bagażem lat milczenia, narastających uraz, zdrad, poczucia samotności w relacji. Zdarza się, że nie rozmawiają ze sobą od kilku lat – i z jakiegoś powodu właśnie teraz pojawia się nadzieja, że terapia wszystko naprawi. Szybko i skutecznie, najlepiej w trakcie trzech sesji.
Siadamy naprzeciwko siebie, ja na fotelu, para na kanapie i razem idziemy w drogę, której dalszych etapów nikt nie przewidzi. Z założenia pewnie większość chciałaby się „posklejać”. Niewiele przyszło do tej pory osób, które zgodnie stwierdziły, że potrzebują przestrzeni i towarzysza do humanitarnego rozstania. Tych z nadzieją na nowy początek jest znacznie więcej. Jednak niewiele z nich na starcie wie, co ich czeka.
Żal, lęk, wk***
Przychodzą z żalem, lękiem, bezradnością. Z wątpliwościami, ranami, odgrzewanymi od lat scenariuszami. Przychodzą przede wszystkim zmęczeni i wkurwieni.
Ja z kolei im więcej wiem, tym częściej mam poczucie, że „gonię własny ogon”. Coś już niby rozumiem, kulki mi się nieraz zderzą, by za chwilę miało się okazać, że to tylko fragment większej całości. Teoria nie zawsze nadąża za żywym, skomplikowanym doświadczeniem pary siedzącej przede mną, a ja jestem jakimś tam elementem większej układanki.
Jednak są takie momenty, że siadam sobie na kanapie i myślę – kurczę, to ma sens.
Pomalutku, własnym tempem idziemy przecież do przodu. Czasem w stronę rozstania, czasem w stronę zjednoczenia. Zawsze z szacunkiem do wszystkich zaangażowanych. Zawsze z troską o osoby siedzące na kanapie. Po czym poznać drobne zmiany? Po pierwszym postawieniu granicy bez awantury. Po tym, że pojawia się przestrzeń na wysłuchanie drugiej osoby bez konieczności komentowania każdego słowa. Po kolejnym olśnieniu pt. „ach, to o to Ci chodziło!”. Po zaciekawieniu, które pojawia się w momencie, gdy partner opowiada o wydarzeniach minionego tygodnia.
Mało? Czasem to cel, do którego dochodzi się tygodniami.
Ufamy procesowi

Uczę się pokory wobec złożoności ludzkich więzi razem z moimi klientami. Uczę się wytrzymywania niepewności. Stale też próbuję wzmacniać w sobie zaufanie do procesu. Mam nadzieję, że on wie, ile nadziei w nim pokładamy!
Ola






Zostaw odpowiedź